Zanzibar, czyli wszystko o wakacjach życia

W poprzednim poście pokazałam wam przedsmak tego, co chciałabym opowiedzieć dzisiaj. Pomyślałam, że tym razem zbiorę dla was wszystkie istotne informacje o Zanzibarze w jednym miejscu. Wiele osób pytało mnie o wrażenia z naszego wyjazdu i prosiło o wskazówki, mam więc nadzieję, że znajdziecie tu kilka ważnych informacji, które pomogą wam zaplanować perfekcyjny wypoczynek na Zanzibarze.

Urlop w Afryce to przeżycie niezapomniane, jednak należy pamiętać, że wybieramy się na inny kontynent, do innej kultury i do innego środowiska. Co zabrać ze sobą, gdzie zjeść, co zobaczyć, a na co nie marnować czasu? Zapraszam Was na mój subiektywny pamiętnik z wakacji.



Dlaczego akurat Zanzibar?

To pytanie padało najczęściej, kiedy opowiadałam swoim znajomym lub kolegom w pracy, gdzie wybieram się na urlop. Odpowiedź jest bardzo prosta - bo udało nam się trafić bilety lotnicze w fantastycznej cenie (400 Euro za osobę w dwie strony). Bo akurat termin nam pasował. Bo nigdy nie byliśmy w Afryce. Bo nic nie stało na przeszkodzie, żeby to zmienić. 

Lot wypatrzyliśmy na niemieckiej stronie z okazyjnymi ofertami urlaubsguru.de. Z kupnem biletów wahaliśmy się dwa dni, trzeciego siedząc w pracy przed kompem napisałam do małża na whats app'ie:
"Kupuj! Lecimy! A co tam!"

Był początek czerwca. Do wylotu mieliśmy niecałe trzy tygodnie. Na Zanzibar zabrały nas linie Oman Air. Lecieliśmy z Frankfurtu nad Menem z przesiadką w Omanie. Jeśli tak jak ja nienawidzicie latać samolotami ze względu na brak miejsca do wyprostowania nóg, to transkontynentalny samolot Oman Air pod tym względem miło was zaskoczy. Resztę spowiję zasłoną milczenia - 5h czekania w Omanie, upał, okrutnie ciasny i załadowany po brzegi czarterowiec do Zanzibaru, ohydne jedzenie w samolcie i kilkanaście godzin podróży to zło konieczne. No chyba, że macie już jakiś patent na podróże w czasie.




Co musisz wiedzieć przed wylotem na Zanzibar?


Przede wszystkim to, że podróż do Afryki last minute, jeśli nigdy wcześniej tam nie byłeś, jest pomysłem co najmniej szalonym. A to ze względu na całą listę szczepień, którą powinieneś mieć odhaczoną, aby bezpiecznie cieszyć się urlopem. Obowiązkowe jest szczepienie przeciwko żółtej febrze (yellow fever) - należy je zrobić najpóźniej 14 dni przed wylotem i mieć potwierdzone w międzynarodowej żółtej książeczce szczepień, którą dostaniecie u lekarza. Na lotnisku w hali przylotów celnicy ponoć wyrywkowo sprawdzają to szczepienie, ale nam się to akurat nie przydarzyło. Nie widziałam też, żeby kontrolowano inne osoby z naszego samolotu, ale tu nie ma co cwaniakować. Czytałam w sieci, że osoby, które tego szczepienia nie posiadały były przymusowo szczepione w hali przylotów, a wierzcie mi, że nie chcielibyście się potem pół życia zastanawiać, czy lotniskowa pielęgniarka na pewno użyła jednorazowej igły. Szczepienie przeciwko żółtej febrze kosztuje w Polsce około 200 złotych. W Niemczech prawie dwa razy tyle, ale 80% ceny jest refundowane przez kasę chorych.

Jak już będziecie u lekarza od razu poproście o tabletki na malarię. Mimo, że według oficjalnej księgi mądrości Światowej Organizacji Zdrowia WHO Tanzania jest od 2008 roku krajem oficjalnie wolnym od tej choroby, jest to totalna bzdura (!). Nasz przewodnik Adam mówił nam, że w życiu częściej chorował na malarię niż na grypę - jedyne 10 razy! Malarią można zarazić się przez ukąszenie komara, a objawy początkowe są podobne do zwykłego przeziębienia. Tabletki są niestety drogie (w Niemczech prawie 90 euro), ale jest to zdroworozsądkowa konieczność. Do kompletu dokupujemy spray przeciwko robalom i  wodoodporne bransoletki na komary.

Co spakować do walizki?

To, co musicie mieć wyposażone na pełnym wypasie to apteczka. Zabierzcie leki przeciwko zatruciom pokarmowym i biegunce. Co prawda myjąc i dezynfekując często ręce, nie jedząc owoców ze skórką, unikając jedzenia na przypadkowych straganach oraz lodu w restauracjach (choć z tym akurat nie daliśmy rady - upał i perspektywa zimnego drinka nas pokonały), nie musicie martwić się żadnymi problemami żołądkowymi. ale lepiej chuchać na zimne. Zabieramy też tabletki na przeziębienie, wodę utlenioną, środki antybakteryjne do dezynfekcji (bardzo przydają się chusteczki odkażające i miniaturowe żele do mycia rąk), ibuprom, plastry na odciski, a także podpaski i tampony. Apteka w Stone Town jest wyposażona w bardzo podstawowe leki, a ceny są zawyżone do granic nieprzyzwoitości. Dla psychicznego spokoju wykupmy sobie również dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne. Kosztuje śmieszne pieniądze, a w sytuacji podbramkowej może nam uratować życie. 

Nie lekceważmy równikowego słońca. Kremy z filtrem są obowiązkowe! Jeśli jednak chcecie się opalić, to nie polecam Wam popełniać tego samego błędu co my i z pełną powagą kupować blokera z SPF 50. Spokojnie starczy 30 lub 20. Polki z naszego ośrodka smarowały się 8-ką i też dawały radę. Myk polega na tym, żeby kremować się często plus obowiązkowo przed i po kąpieli w wodzie. Afrykańskie słońce pali o wiele mocniej, choć wbrew pozorom nad oceanem nie jest to tak mocno odczuwalne ze względu na przyjemną bryzę. Poparzenie słoneczne nie ominęło również mnie, co możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Przez niedokładne rozsmarowanie kremu opaliłam się niczym salamandra plamista i przez dobre kilka tygodni walczyłam z przebarwieniami. Nasza biała europejska karnacja nie jest przyzwyczajona do takiej dawki promieni i nie należy brawurowo się popisywać, że spoko, nic mi nie jest, bo następnego dnia nie będziecie w stanie nałożyć koszulki na plecy. Do walizki wkładamy również kapelusz lub czapkę z daszkiem, co najmniej dwa stroje kąpielowe, dobre okulary przeciwsłoneczne, pareo i t-shirt do pływania/nurkowania z długim rękawem. Cały Zanzibar zbudowany jest na rafie koralowej, do spacerowania brzegiem oceanu zabierzcie więc buty kąpielowe z gumową podeszwą. Nie raz uratowały mi stopy przed kolcami z muszli czy przed przypadkowym nadepnięciem na jeżowca. Jeśli planujecie snorkeling zainwestujcie też w swoje płetwy i maski do nurkowania. Co prawda organizatorzy wycieczek zawsze mają na wyposażeniu swój sprzęt do wypożyczenia, ale świadomość, że tę samą rurkę miało w ustach przed tobą kilkaset innych turystów z całego świata jest doprawdy obrzydliwa.

Zaoszczędźcie sobie takich wrażeń i smarujcie się często filtrami. No chyba, że marzycie o takim brawurowym poparzeniu, jakiego nabawiłam się ja. Fail!

Jeśli chodzi o ubrania to pakujemy same letnie lekkie rzeczy z przewiewnych materiałów. Fajnie sprawdzą się chłodzące tkaniny typu satyna, jedwab, len. Zabieramy też rzeczy z długim rękawem i długie spodnie - wieczory bywają chłodne. Nie zapomninajmy o fakcie, że Zanzibar to kraj w 99% muzułmański i mikro sukienki oraz zbytnie epatowanie nagim ciałem u kobiet jest źle widziane. Ciemne ubrania zostawiamy w domu, ale myślmy rozsądnie - podczas wycieczek łodzią będziecie siedzieć na rozmoczonych deskach, które zapewne pofarbują wam wasze nowiusieńskie białe jeansowe szorty (bhawo ja!), a beżowe japonki zabrudzą się od omanów kurzu na ulicy. Oprócz odkrytych sandałków weźmy ze sobą lekkie kryte trampki czy adidasy. Przydadzą się podczas wędrówek lasem równikowym. Obcasy, torebki typu Louis Vuitton i inne europejskie bajery odstawiamy na półkę w domu. Chyba, że jesteś jedną z tych modowych frustratek, która chodzi w szpilach na basen i za wszelką cenę musi bić innych po oczach swoim luksusem. Nie świrujmy też z żelazkiem, ale już na przykład prostownica i suszarka wcale nie są takim głupim pomysłem. Ze względu na wysoką wilgotność powietrza suszenie włosów naturalnie to istna droga przez mękę, a panie z włosami skłonnymi do puszenia szybko zrozumieją, dlaczego Afrykanki zaplatają włosy w przylegające do głowy warkoczyki.


Idealne ciuchy na Zanzibar - lekkie, przewiewne i w orientalnym klimacie. Szafiarą być.

Dodatkowo zaopatrzmy się w scyzoryk (never knows), latarkę (zimą, czyli w czerwcu słońce na Zanzibarze zachodzi już koło godziny 18, o 20 jest już ciemno jak w grobowcu, poza tym czytałam, że codzienne przerwy w dostawie prądu to norma), plastikowe reklamówki (ze względu na ochronę środowiska sa zabronione na wyspie, a z pewnością przydadzą się przy pakowaniu), przejściówkę do ładowania telefonu (obowiązują brytyjskie wtyczki i kontakty) i wodoodporne etui na telefon, pieniądze i dokumenty.

Na koniec warto sprawdzić, czy (jak my) nie traficie na Zanzibar w środku zimy (żadna różnica - i tak jest upalnie) i w środku Ramadanu. Ramadan co roku wypada inaczej, trwa cały miesiąc i jest to najważniejszy czas dla muzułmanów, w którym poszczą od wschodu do zachodu słońca - picie, jedzenie i palenie w miejscach publicznych jest wtedy zabronione. Z tego też względu większość dużych restauracji jest zamknięta, to samo tyczy się dyskotek i innych rozrywek. Choć nie schizujcie się - to nie ich pierwszy Ramadan, a wy nie jesteście tam pierwszymi turystami. Większości mieszkańcom nie przeszkadza, gdy zjecie obok nich obiad, a alkohol kupicie bez problemu w hotelowym barze czy miejscowym sklepiku (nie każdym, dlatego warto zaopatrzyć się w kilka butelek na lotnisku lub w Stone Town. Podobno można wwozić swój alkohol na wyspę, jednak spotkałam się z opiniami, że przy kontroli niektórzy celnicy każą wyrzucić procenty do śmieci).

Pierwsze kroki w Afryce, czyli co zrobić po przylocie?

Najpierw cieszyć się, że szczęsliwie wylądowaliście, a potem pozbierać szczenę z podłogi i starać się zbytnio nie wybałuszać oczu na to, co Zanzibarczycy nazywają lotniskiem. Hala przylotów jest tak mała, że sala gimnastyczna w mojej podstawówce z pewnością biła ją o głowę. Będziecie musieli załatwić sobie wizę, ale nie obawiajajcie się papierologii. Wszystko odbywa się na miejscu i jest totalnie bezstresowe - wypełniamy prosty wniosek i płacimy 50 dolarów. Dolary możemy wymienić na lokalną walutę (szylingi tanzańskie) w kantorze na lotnisku, co warto zrobić, bo ceny i produkty w dolarach są z zasady lekko zawyżone. Walizkę odbieramy nie z taśmy bagażowej, ale po prostu z mikro magazynu, z którego hordy Zanzibarczyków przekrzykują się nawzajem próbując dociec, które rzeczy są Twoje. Oczywiście za podanie bagażu przez ladę należy się wynagrodzenia. Warto mieć na takie okazje przygotowane jednodolarowe banknoty. Łaszenie się o napiwki i wyciąganie ręki o pieniądze czasem w bardzo absurdalnych sytuacjach było zdecydowanie rzeczą, która mnie na Zanzibarze bardzo drażniła. Dla Afrykańczyków jesteś chodzącym bankomatem z niekończącym się limitem gotówki i nie przychodzi im do głowy, że na swoje wydatki zarabiasz ciężką pracą. Każdy najmniejszy gest, udzielenie krótkiej porady, przeniesienie walizki o metr czy wskazanie drogi na autobus podszyte jest roszczeniem o napiwek. Nie ma nic za darmo. O transport z lotniska warto zatroszczyć się wcześniej. Hotele zawsze mają możliwość podesłania taksówki, co opłaca się o wiele bardziej niż wynajęcie transferu na lotnisku od naganiaczy lub przejazd miejskim autobusem (dala dala - smród, brud, umowne godziny odjazdów - wersja dla hardcorów). My z lotniska musieliśmy dostać się do Jambiani. Jechaliśmy do ośrodka koło godziny czasu, płacąc przy tym 30 dolców (za trzy osoby).

Gdzie spać i co jeść?

Odpowiedź na to pytanie tak naprawdę zależy od zasobności waszego portfela i własnych upodobań. My wybraliśmy Mbuyuni Village (360 Euro za 10 noclegów za dwie osoby) - ośrodek kilku domków bungalow położonych nad samym oceanem z małym basenem, barem oraz darmowym internetem na terenie restauracji i chyba lepiej nie mogliśmy trafić. Co prawda po przyjeździe na miejsce moją pierwszą reakcją po obejrzeniu łazienki był płacz i czarna rozpacz, ale na drugi dzień było już spoko. Gdy budzi cię szum oceanu, na basenie czekają drinki w łupince ze świeżego kokosa, a na obiad jesz najlepiej przyrządzonego na świecie grillowanego homara za 7 dolców, zardzewiały prysznic i biegające rankiem po domku karaluchy przestają mieć znaczenie. Niestety, robactwo to zmora urlopowiczów na Zanzibarze i mieszkając w bungalow takich gości w pokoju nie unikniecie. Najlepszym potwierdzeniem niech będzie relacja Kominka, który spędzając urlop w tym samym rejonie w fancy hotelu też przybijał piątki karaluchom. Jeśli chodzi o jedzenie to sprawa jest bardzo prosta - Afryka to raj dla miłośników owoców morza. Najpyszniejszy jest red lobster, czyli homar skalny wyglądem przypominającego ogromnego okrągłego kraba. Popularną potrawą jest też ośmiornica przyrządzana w mleczku kokosowym. Zdecydowanie darujcie sobie jedzenie mięsa - to sprzedawane na miejskich targach godzinami leży na palącym słońcu wśród chmar much i innego robactwa i śmierdzi tak, że od samego wąchania zbiera się na wymioty. Obrzydliwość. Nie zachwyca też pizza - ze względu na brak pieców do wypiekania ciasta smakuje bardzo przeciętnie i bezbarwnie. Genialne są natomiast wszelkie desery na bazie owoców kakaowca - tak aromatycznego i pysznego musu czekoladowego nie jadłam nigdzie indziej.




Pierwszy poranek w raju.
Pinacolada ze świeżych ananasów robiła robotę.


Nasz ośrodek.

Były też egzotyczne kwiaty i łabędzie z ręczników. Niby wszystko ładnie i pięknie, aleeee...
...ale jednak nie.
Ten widok doprowadził mnie do płaczu po przyjeździe na miejsce.

Ale poza budzącym grozę prysznicem było naprawdę spoko.





Psy na Zanzibarze uważane są za zwierzęta brudne i nie są zbyt mile traktowane. Zdecydowanie większą popularnością cieszą się tu koty.
Kącik rozrywki.
Biblioteczka.
Restauracja.



Szef kuchni - absolutny mistrz swojego fachu. 




Ocean Indyjski - miłość od pierwszego spojrzenia

Ocean Indyjski jest kwintesencją Afryki. Ludzie żyją według jego rytmu, a nie według wskazówek tykającego zegarka. Ocean daje mieszkańcom pożywienie i pracę (kobiety i dzieci trudnią się zbieraniem alg, które odsprzedają hurtownikom do produkcji naturalnych kosmetyków, mężczyźni nocami wypływają na kutrach na połowy, które zaopatrują restauracje i hotele). Ocean Indyjski jest przepiękny! Woda zmienia kolory w zależności od pory dnia i kąta padania promieni słonecznych - lazur, szmaragd, błękit, granat. Nie jestem w stanie opisać słowami tego, jak obłędny jest to widok. Temperatura wody oscyluje w granicach 28 stopni - wchodzisz i nie masz ochoty z niej wyjść. Bajka! Również przypływy i odpływy są niesamowitym spektaklem natury - w Jambiani miały miejsce mniej więcej co 6 godzin. W trakcie przypływu woda podchodziła pod sam ośrodek, plaża znikała całkowicie i ocean stawał się niepodzielnym hegemonem wybrzeża tylko po to, by po kilku godzinach odsłonić przed nami swoje nagie brzegi pokryte koralowcami, wypluwając fantazyjne szkielety muszli i setki krabów (niestety wywożenie muszli jak i wszystkiego, co rafotwórcze, jest na Zanzibarze surowo zabronione). Gonienie krabów po plaży to niezły ubaw - te śmieszne żyjątka biegają tylko bokiem, co wygląda przekomicznie, gdy w popłochu zwiewają do swoich piaskowych norek. Ta odmienność fauny i flory jest zaskakująca. Rozgwiazdy, ośmiornice, kraby, jeżowce. Zupełnie jakbyś teleportował się do innego świata. Do innej, lepszej, zapomnianej przez technikę rzeczywistości.
Przypływ
Początek odpływu.
No i po wodzie.
Hej koleżko!


Crab fight.
Krabowe domki. Kopcami były pokryte całe plaże.

Urządzaliśmy też wyścigi. Run, dude, run!



Oprócz błękitnego nieba, nic mi dzisiaj nie potrzeba.


Pozerka :)
Wschód słońca tuż przed naszym domkiem.
Dotknąć gwiazd.

Wymarzona fotka #followme.
Tak wyglda raj na ziemi. Bez dwóch zdań.
 #follow me 2.0










Ludzie

Pierwsze zderzenie z Afryką jest szokujące. Brud, rozpadające się rudery, które uchodzą jako normalne miejsca zamieszkania, bose dzieci spacerujące samopas brzegiem oceanu, skromne ubrania, gumowe zużyte japonki. Afryka nazywana jest Trzecim Światem i tak nauczyliśmy się ją postrzegać, automatycznie wyzwalając przy tym współczucie dla jej mieszkańców. Tymczasem, mimo oczywistej dla Europejczyka biedy i ubóstwa, Zanzibarczycy zdają się być szczęśliwi. Ich dnie wyznacza natura. Natura ich karmi i daje zarobek. Jeśli nie zbierasz małż, zawsze możesz sprzedawac kokosy czy owoce mango. Prawie każdy jest  na wyspie jest "biznesmenem", przy czym w praktyce oznacza to tyle, że na chodniku na rozłożonej makatce sprzedaje owoce, warzywa, kiczowate pamiątki lub zużyty sprzęt elektoniczny. Ten ostatni wysyła się do Afryki tonami, czyniąc z niej największe światowe złomowisko. Tubylcy mieszkający nad oceanem od czasu do czasu spróbują sprzedać ci jakąś usługę, a w przypadku braku zainteresowania po prostu siądą pod ocienioną skałą, machając nogami przez resztę dnia. Pojęcie chodzenia do pracy jest tu bardzo abstrakcyjne i totalnie odbiegające od tego, co u nas przyjęte jest za normę. Inne jest też podejście do płci. Kobiety w Afryce są mało poważane i traktowane z irytacją. Wszystkie urzędowe sprawy załatwia na Zanzibarze mężczyzna, kobieta uznawana jest za nierównego i niepoważnego partnera do rozmów. Chciałabym też odczarować mit biednych afrykańskich dzieci. Przed wylotem naczytałam się, że warto zabrać ze sobą małe upominki, by móc "odgonić się" od atakujących na każdym kroku żebrzących maluchów. Z pewnościa są rejony w Afryce, w których na widok dzieci kraja ci się serce, ale zanzibarskie pociechy do tego przykrego widoku zdecydowanie nie należą. Jasne - są brudne, zasmarkane, biedne, jeśli rozpatrujemy to pod kątem europejskiej zamożności, ale mogą chodzić do szkoły, do zaspokojania podstawowych potrzeb mają przyrodę i są naprawdę szczęśliwe. Wbrew pozorom edukacja to nie jest przywilej elit - każde dziecko może się uczyć. Jedynym warunkiem jest przygotowanie przez rodziców wyprawki. I jeśli myślicie, że tu tkwi haczyk i wyprawka kosztuje krocie to znów się mylicie. Nasz przewodnik opowiadał nam, że zeszyty i długopisy można kupić za  podobną wartość co u nas, było mi więc naprawdę wstyd, że rozdawaliśmy dzieciakom kolorowe żelpeny i mikro notesiki puchnąc z dumy, że dokładamy cegiełkę do ich edukacji, podczas gdy taki zestaw naprawdę nie robił szału. Fakt, że maluchy nie mają może bajeranckich zabawek, ale dzięki temu są kreatywne i pomysłowe. Budują samochody wyścigowe z plastikowych butelek, rysują patykami na piasku i wierzcie mi - nie wyglądają na cierpiących męczenników. Jeśli chcecie sprawić dzieciom trochę radości, to najbardziej ucieszą je słodycze. Zwykła garść czekoladowych cukierków będzie podarunkiem idealnym. Darujcie sobie kupowanie maskotek typu Świnka Pepa. To nie jest dobry prezent dla muzułmańskiego dziecka (i znowu - bhawo ja!).

Zanzibarczycy przykładają dużą wagę do drzwi wejściowych. Im bardziej zdobne i bogate, tym zamożniejszy osoba mieszkająca w domu. Rzemieślnicy wsystkie elementy ciosają ręcznie, a drewnine ornamenty zachwycają swoim kunsztem i precyzją.



Nasz mały ulubieniec. 
Co tam jeszcze masz w tej siatce?
Ten chłopczyk rozłożył nas łopatki. Widząc Mzungu (białych ludzi) zaczął biec ile sił w nogach w naszym kierunku wołając na całe gardło "Pipi! Pipi! (słodycze). Miał taki rozbieg, że przewrócił teściową, opędzlował całą reklamówkę z cukierków i był najbardziej happy dzieckiem na świecie.

Sprzedawcy na targu miejskim.
Na Zanzibarze nie ma wag, na rynku sprzedaje się więc na kupki lub kopczyki. 
Kobiety i dzieci trudnią się zbieraniem alg. Mężczyźni uważają to zajęcie jako urągające ich godności.


Algi sprzedawane są hurtownikom do produkcji kremów i kosmetyków.



Klatki do połowu homarów.
Dzieci wracające z porannego zbierania muszli i skorupiaków. 

Dzieci są urocze. Szczere, otwarte i uśmiechnięte od ucha do ucha.

Maluchy dostały na chwilę od małża aparat do ręki. Większość fotek jakie tu widzicie zrobiły same.


Trochę fantazji i najfajniejsza zabawka gotowa.


No i sami oceńcie - czy tak wyglądają nieszczęśliwe dzieci?
Masaje naprawdę są tak wysocy i smukli, jak zwykło się słyszeć. Ubrani w czerwono - białe stroje przechadzają się po plaży i sprzedają turystom pamiątki. Biżuteria z koralików, breloczki i drewniane figurki to ich główny asortyment. Są bardzo mili, chętnie nawiązują nowe kontakty i pozują do zdjęć. 

Z obstawą.
Co można robić na Zanzibarze? 

Opalać się, pływać na kajcie (kite surfing), spacerować brzegiem oceanu, jeździć rowerem po plaży, odpoczywać, czytać książki bujając się w hamaku, grać w planszówki. Gdy jednak znudzi wam się chillowanie warto wybrać się na zorganizowane wycieczki fakultatywne. Ze względu na to, że Zanzibar to archipelag małych wysepek, możliwości są lekko ograniczone i prawie każe "biuro podróży" oferuje te same atrakcje. My zabukowaliśmy nasze atrakcje jeszcze w domu przed wylotem u Eco & Coulture Tours Zanzibar, ale z czystym sumieniem mogę polecam Wam zaplanowanie wycieczek na miejscu. Ceny są nieporównywalnie niższe, jeśli zamówicie to wszytko u zaprzyjaźnionego beach boya. Mimo, że trochę przepłaciliśmy,to absolutnie nie żałuję skorzystania z ich usług - nasz przewodnik Adam był wspaniałym, ciepłym i niesamowicie inteligentnym człowiekiem, opowiedział nam dużo nadpragramowych ciekawostek i udzielał cennych rad dotyczących pobytu na Zanzibarze. Po kilku dniach traktowaliśmy go nie jak opłaconego guida, ale jak dobrego przyjaciela. Razem z Adamem wybralismy się na cztery wycieczki.

Jozani Forest and Prison Island

Naszą pierwszą eskapadę zaczęliśmy od zwiedzania lasu tropikalnego Jozani, który leży niecałe pół godziny drogi od Jambiani. Niestety rano krótko, ale solidnie popadało, cały teren był więc trochę grząski i rozmoknięty. Razem z Adamem i przewodnikiem wydelegowanym z biura Jozani przez godzinę obchodziliśmy las poznając różne gatunki roślin, drzew, a także zwierząt zamieszkujących ten teren. W Jozani Forest żyją bardzo rzadko spotykane małpy zwane red colobus. Wydawały być się zmęczone i znudzone obecnością wszechobecnych turystów, co ostentacyjnie dawały do zrozumienia odwracając się tyłkiem do każdego zdjęcia. Ciekawe były też mangrove tree - drzewa rosnące w oceanie o ciemnych, pokręconych korzeniach, króre służą między innymi jako falochron przy wysokiej wodzie. Wyglądały jak z nocnego koszmaru, totalna abstrakcja. Mimo całej mojej sympati do wszelkiego rodzaju żyjątek Jozani Forest był średnio ciekawą wycieczką. Całość nie zajęła nam więcej niż 1,5 godziny czasu, a przyznam szczerze, że zatrzymywanie się przy każdym krzaczku, drzewku i łodyżce po kilkudziesięciu minutach było dość nużące. Niemniej jednak odhaczyliśmy, byliśmy i widzieliśmy. 

Red Colobus najlepszą reklamą Jozani. 
Mangrowce.
Na mokradłach, na których rosną mangrowce zbudowano kładki ciągnące się przez kilkaset metrów. W ten sposób można było z bliska obejrzeć drzewa w ich naturalnym środowisku.
W tej wypasionej chacie (a raczej przed nią) zjedliśmy lokalny obiad przed rejsem na Prison Island.

Prison Island to z kolei niewielka wysepka położona kilkanaście minut drogi łódką od Stone Town. Kiedyś znana jako miejsce kwarantanny i więzienie dla niewolników, dziś słynąca przede wszystkim z rezerwatu olbrzymich żółwi. Zwierzęta można głaskać i karmić (w określonych porach) i ewntualnie patrzeć na to, jak nic nie robią. Żółwie są naprawdę wielkie - mają nawet do 150 kg wagi i liczą sobie ponad sto lat. Patrząc na te wielkie kreatury ponownie uświadamiasz sobie, jak niesamowita jest przyroda i jak wiele dziwacznych gatunków zwierząt istnieje na świecie. 

Nie obyło się bez pieszczot.
Na Prison Island dostajemy się wypożyczoną przez naszeg przewodnika łódką.


W naturze dorosłe żółwie siadają na maluchach przygniatając ich swoim ciężarem i zabijając je w ramach naturalnej selekcji. Przetrwają tylko te najsilniejsze. Aby ochronić gatunek pracownicy rezerwatu oddzielają młode żółwiki od dorosłych osobników.

Rejs statkiem o zachodzie słońca

Typowo rekreacyjna wycieczka. Wynajmujecie łódkę i sunięcie w głąb oceanu podziwiając z wody panoramę Stone Town, czekając na malowniczy zachód.  Na pokładzie macie do dyspozycji drobne przekąski i napoje. Warto zabrać ze sobą sweter lub lekką kurtkę, aby ochronić się przed wiatrem na otwartym oceanie. Rejs zaczyna się i kończy w porcie Stone Town. Wracając na brzeg możecie podejść na Forodhani Night Market, na którym można spróbować lokalnych specjałów - grillowanych owoców morza czy świeżo wyciskanego soku z trzciny cukrowej. Ci z was, którzy zbytnio nie przejmują się wymogami Sanepidu, z pewnością będą zachwyceni. 

Do Stone Town przyjechaliśmy trochę wcześniej. Czas, który pozostał nam do rejsu spędziliśmy na pięknym tarasie widokowym w  Africa House, który w latach swojej świetności służył brytyjczykom jako Klub Gentelmana.

Ostatni spacer brzegiem przed wypływem.

Możesz odmawiać kupowania kiczowatych pamiątek 50 razy, a i tak zapytają po raz 51-wszy.

Kapitano.








 Forodhani Night Market.



Stone Town

Stone Town jest stolicą Zanzibaru. Opisywane jako urokliwe miasteczko z krętymi wjącymi się uliczkami na nas zrobiło raczej przygnębiające wrażenie. Specyficzna zabudowa starówki, która jest mieszanką stylu afrykańskiego, europejskiego i arabskiego została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, ale szczerze mówiąc cięzko stwierdzić dlaczego. W centrum znajdziemy sporo hoteli, restauracji oraz mnóstwo sklepików z pamiątkami. Warto też wspomnieć, że to właśnie tu 5-go września 1946 roku przyszedł na świat Farrokh Bulsara, szerszej publiczności znany pod pseudonimen Freddie Mercury.

Haus der Wunder
Starówka.
Jeden z trzech katolickich kościołów w Stone Town.
Frontowa ściana budynku domu, w którym urodził się Freddie Mercury. Można tam napić się kawy i kupić pamiątki związane ze sławnym wokalistą.
Tu zatrzymaliśmy się na szybki lunch. Widok z góry.

Spice Farm

Spacer po farmie przypraw był bardzo ciekawy. Fajnie było zobaczyć, jak uprawia się te wszystkie dodatki, których sami na co dzień używamy w kuchni. Wiedzieliście, że pieprz jest rośliną pnącą, a jego rodzaj (czarny, czerwony, zielony) jest uzależniony tylko i wyłącznie od momentu zbioru i dojrzałości? Albo, że gałka muszkatołowa schowana jest w mięsistej skorupce jak kasztan, a po otwarciu wygląda niczym najpiękniejszy klejnot? A goździki? Potraficie sobie wyobrazić, że rosną na drzewie?! Przyprawy są doskonałą pamiątką, jaką możecie przywieźć sobie lub swoim bliskim z Zanzibaru. Mega aromatyczne, ostre, wyraziste - w smaku są zupełnie inne niż te, znane nam ze sklepowych półek. Pamiętajmy, żeby negocjować cenę. Sprzedawcy na targach lub na farmach często zawyżają cenę, aby w ostateczności spuścić wam kilkanaście dolarów w obawie przed utratą klienta.


Pieprz.

Trawa cytrynowa.

Dwie papryczki chili dodałam ostatnio do spaghetti i wierzcie mi, że prawie wypaliło mi podniebienie.
Ten wielki kokon rosnący na drzewie to jack fruit. Owoc smakujący jak połączenie ananasa z bananem.
Gałka muszkatołowa.
Na farmie mieliśmy też okazję spróbować świeżych kokosów zerwanych prosto z palmy. Pracownicy farmy zorganizowali całą degustację jako małe show ze wspinaniem się po drzewie, śpiewem i jedzeniem inclusive.  Było zabawnie i smacznie.


Orzeżwiająca woda kokosowa.

Blue Safari

Blue Safari było wycieczką, która zdecydowanie podobała nam się najbardziej. Najpierw popłynęliśmy statkiem do pięknej zatoki z lazurową wodą, później spędziliśmy leniwe 3 godziny na malutkiej piaszczystej wysepce, na której zjedliśmy świeżo złowiony i przygotowany dla nas obiad, a na końcu nurkowaliśmy z maskami w pobliżu rafy koralowej. Było pięknie, a snorkling sprawił nam naprawdę wiele frajdy. Brawa należą się też naszym wspaniałym przewodnikom - rozśmieszali nas na każdym kroku, służyli dobrą radą i pomocą, a w drodze powrotnej do Stone Town śpiewaliśmy razem słynny zanzibarski hit Jambo (koniecznie posłuchajcie TU, afrykański klimat prosto z you tuba do twojego domu:)), wracając do ośrodka w wyśmienitych humorach.
Dopłynęliśmy. Wysepka była malutka, pełna wszelakich żyjątek. Podczas, gdy nasi przeowdnicy rozpalali grilla, my snuliśmy się leniwie po brzegu, delektując się widokami.





"Excuse me, baobab briefing!" - tym zdaniem nasz lokalny przewodnik Barack (oczywiście wszyscy wołałi na niego Obama) rozbawił nas do łez. Baobab był przeogromny i robił duże wrażenie. Można było się na niego wdrapać, popatrzeć jak wysepka wygląda z góry, a na koniec spróbowaliśmy, jak smakują jego owoce (bardzo żurawinowe w smaku).


Tymczasem w "kuchni"...





Master Chef.
Na samo wspomnienie tego smaku cieknie mi ślinka.
Mniammmm!
Najedzeni i napici ruszamy w dalszą drogę w kierunku rafy koralowej. Obama medytuje, a my chłoniemy widoki.

Chwilę potem wskoczyliśmy do cieplutkiej wody z płetwami i maskami do nurkowania. Nigdy wcześniej nie byłam na snorklingu ,czego bardzo żałuję, bo było po prostu zajebiście. Niestety nie mamy żadnych zdjęć spod wody, ale musiscie uwierzyć mi na słowo - ten świat na dole wygląda jak z bajki. Mega przeżycie. 



Zanzibar - czy warto?


Wiele z was pytało mnie, czy warto pojechać na wakacje na Zazibar. Dla mnie osobiście było to najpiękniejsze miejsce, w jakim byłam do tej pory i choć nie ma tam aż tylu turystycznych atrakcji, to bez wahania wróciłabym tam jeszcze raz. Błękit oceanu, jedzenie, ogólne poczucie wolności i relaksu - to wszystko sprawia, że wchodzisz w modus "standby", ładujesz baterie i cieszysz się małymi rzeczami. Nie powiem, pod koniec pobytu cieszyłam się już na myśl spędzenia nocy w łóżku bez robactwa, ale Czarny Ląd ma to do siebie, że mocno uzależnia. Ledwo go opuścisz, a już zaczynasz za nim tęsknić. Także warto, moi drodzy. Jeśli kochacie przyrodę i pragniecie choć na moment niczym się nie przejmować i żyć tu i teraz, to z pewnością będzie to podróż waszego życia.

 Hakuna matata i w drogę!

 







 








kategorie:

12 komentarze :

    1. Przeczytałam wszystko jednym tchem! Teraz już wiem,że Zanzobar stał się jednym z moich największych celów podróżniczych. Wszystko wygląda magicznie!
      Zdjęcie #followme - THE BEST!
      XX

      OdpowiedzUsuń
    2. Ewa, reportaz pierwsza klasa, bardzo sie postaralas i zachecilas do wyjazdu. Najlepsze te dziaciaczki, butelka przerobiona na samochod i juz jest zabawa, nie to co u nas. I ta przyroda, ile rzeczy mozna sie nauczyc. Naprawde bezcenne. Czasem wlasnie fajnie pojechac w miejsce do wyciszenia. Cudowne zdjecia, zawsze Ci to pisze, chwal malza:) Piekna z Was para. pozdrawiam, Monia.

      OdpowiedzUsuń
    3. Szacun za bardzo fajny opis - przywracasz wiarę w to, że na blogach typu "Lifestyle" można znaleźć użyteczne i zgrabnie podane informacje.
      Zdjęć nawet nie komentuję, bo już obśliniłem blat biurka i po spojrzeniu z powrotem na otaczającą rzeczywistość mam depresję i nie mogę się zdecydować czy pobić siebie, czy fotografa :D

      OdpowiedzUsuń
    4. Coś pięknego... Naprawdę fantastyczne zdjęcia, Zanzibar wydaje się rajem na Ziemi.

      OdpowiedzUsuń
    5. Piękne fotki, piękne zdjęcia wszystko piękne.

      OdpowiedzUsuń
    6. blog zdechł...szkoda

      OdpowiedzUsuń
    7. Wspaniała relacja!Lecę tam za 2 tygodnie i odliczam już godziny.Proszę pozdrowić teściową-super kobietka!!

      OdpowiedzUsuń
    8. super ..czyta się wysmienicie..lecimy za ok 1 m-c więc przydadzą się cenne wskazówki :)

      OdpowiedzUsuń
    9. Super post,szkoda tylko że trafiłam na niego o jeden dzień za późno. Wczoraj byłam w poradni chorób tropikalnych, gdzie w związku z wyjazdem na Zanzibar, zaaplikowano mi trzy szczepionki/Wzw-A,dur brzuszny i tężec,polio,błonica/noc nie przespana z powodu bolu,a dzien tez się lepiej nie zapowiada.Następne dwie dostanę za dwa tygodnie.Na żółtą febre muszę wziąć ale drugą sobie odpuszczę.

      OdpowiedzUsuń
    10. WOW! Świetny, wyczerpujący i nieszablonowy wpis. Mega przydatny, napisany lekkim językiem i okraszony cudownymi zdjęciami. Najlepszy wpis o Zanzibarze, z jakim się do tej pory spotkałam!

      OdpowiedzUsuń
    11. fantastyczna relacja ! Naprawde godny polecenia, przydatny I wyczerpujacy w informacje. Bukuje bilety !

      OdpowiedzUsuń
    12. Cudowne zdjęcia! Ekstra wpis! Pozdrawiam

      OdpowiedzUsuń